KOSMETYKI - środa, 14 grudnia 2022

Peeling cukrowy i mgiełka From Sylvia SPN Nails

Pamiętam czasy, kiedy paznokcie hybrydowe były swego rodzaju dobrem luksusowym i mogły sobie na nie pozwolić nieliczne kobiety. Jednorazowo może nie był to duży wydatek ale na dłuższą metę mógł już nadwyrężyć budżet, szczególnie jeśli nie należał on do zbyt wysokich. W moim miejscu pracy na taki luksus mogło pozwolić sobie co najwyżej trzy kobiety, do których z pewnością w tamtym czasie nie mogłam zaliczyć siebie. Kiedy więc coraz większą popularnością zaczął cieszyć się manicure hybrydowy w domowym zaciszu, wszystko sobie dokładnie przeanalizowałam a następnie zaopatrzyłam się we własną lampę uv i kilka najpopularniejszych lakierów hybrydowych, które widziałam na blogach. Przez jakiś czas samodzielnie malowałam paznokcie, z lepszym lub gorszym efektem. Niestety któregoś dnia pod płytką paznokcia zauważyłam pewne niepokojące objawy. Okazało się, że najprawdopodobniej jest to reakcja alergiczna na stosowane przeze mnie lakiery. Szybciej więc przestałam wykonywać manicure hybrydowy niż zaczęłam. 

Zastanawiacie się pewnie dlaczego poruszam ten temat właśnie teraz. Otóż w sierpniu tego roku, przed weselem postanowiłam zadbać o wizualny aspekt moich dłoni. Byłam pewna, że malując paznokcie w tradycyjny sposób, nie uda mi się osiągnąć zamierzonego efektu. Zdecydowałam się więc na manicure hybrydowy. Zależało mi jednak na bardzo subtelnym i delikatnym wyglądzie, by pojawiający się z czasem odrost był jak najmniej widoczny. Wybrałam więc tzw. baby boomer. Mój kolejny manicure hybrydowy, prawdę mówiąc kolorystycznie niewiele różnił się od poprzedniego. Było to połączenie subtelnego różu i bieli, w postaci frencha. Nie był to typowy french ale wg mnie wyglądał równie uroczo. Przy okazji następnej wizyty w salonie kosmetycznym postawiłam ponownie na jasnoróżową bazę i brokatowe końcówki. Dopiero ostatnio poszalałam z kolorem paznokci i zdecydowałam się na krwista czerwień i zdobienie na serdecznym palcu. Ale to nie zdobienia są tematem tego posta.


Podczas mojej ostatniej wizyty w salonie miałam okazję stosować po raz kolejny przepięknie pachnący peeling. Spodobał mi się na tyle, że nie omieszkałam go kupić, by mieć go w domu. A skoro tak przypadł mi do gustu pomyślałam, że jest to świetna okazja, by Wam go pokazać. Mowa tutaj o peelingu Sugar Peel From Sylvia. Ma on niesamowity, bardzo kobiecy i zmysłowy zapach, który uwalnia się zaraz po odkręceniu wieczka a potem długo utrzymuje się na skórze. Nie miałam pojęcia czym pachnie, dopóki nie natrafiłam na informację, że swój seksowny aromat zawdzięcza temu, iż jest on inspirowany wodą perfumowaną Victoria's Secret o nazwie Bombshell. Jak sama nazwa wskazuje jest to peeling cukrowy, który w swoim składzie zawiera kryształki cukru, masło shea, wosk pszczeli, olej ze słodkich migdałów oraz nienasycone kwasy tłuszczowe. W rezultacie skutecznie złuszcza, utrzymuje właściwy poziom nawilżenia i zapewnia niesamowite uczucie komfortu. Skóra staje się gładka, miękka i pachnąca. Byłam tak zachwycona zapachem wspomnianego peelingu, że nie mogłam nie zadać sobie trudu, by nie sprawdzić czy nie ma innych kosmetyków z tej samej linii zapachowej. 

Okazało się, że naprawdę jest w czym wybierać. Ja zdecydowałam się na mgiełkę. W ofercie sklepu dostępne są dwie wielkości - 20 ml i 50 ml. Ja postawiłam na tę większą pojemność, by móc dłużej cieszyć się jej zapachem. Mgiełka została stworzona na bazie prawdziwych perfum. MA super odświeżające właściwości a przy tym otula ciało zapachem, który utrzymuje się przez długi czas i jest wspaniałą ucztą dla zmysłów. 

A Wy znacie kosmetyki tej marki? Po które z nich sięgacie ?

  1. Widzę tu dwa naprawdę fajne produkty 🌟

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapach musi być piękny. Obydwa produkty mogłabym wypróbować. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mgiełka to coś dla mnie. Jestem ciekawa zapachu, ale wydaje się piękny.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie pozostawione na moim blogu komentarze :)