KOSMETYKI - piątek, 23 października 2020

Turbo pigmenty Glam - shop

Z nieskrywaną zazdrością spoglądałam na makijaże, lubianych przeze mnie youtuberek, stwierdzając, że w moim makijażu niewątpliwie brakuje tego wow, który nada mu charakteru. Za taką kropkę nad „i" uważałam rozświetlenie oka w jego wewnętrznym kąciku i na górnej powiece. Jednak mimo wielu prób żaden z posiadanych przeze mnie kosmetyków nie był w stanie sprostać oczekiwaniom. A wierzcie mi, trochę tych produktów było... Mimo to nie ustawałam w swoich wysiłkach i niejednokrotnie dawałam im ponowną szansę, co rusz aplikując jako bazę inny produkt. Niestety jak już mówiłam wszystkie te działania były bezowocne. Tak więc wbrew temu co sobie obiecywałam, postanowiłam sięgnąć po turbo pigmenty, tak zachwalane w sieci przez całe mnóstwo dziewczyn. 


Oczywiście od samej decyzji o zakupie do momentu umieszczenia ich w koszyku czekała mnie jeszcze długa droga. Nie będę więc tu twierdzić, że przebiegło to szybko, łatwo i bez najmniejszych perturbacji. Długo bowiem jeszcze biłam się z myślami, odpowiadając sobie na pytanie - czy powinnam? Mam przecież mnóstwo innych paletek, które leżą w szufladzie, podczas gdy ja używam maksymalnie dwóch.

Ostatecznie jednak uległam namowom mojego wewnętrznego głosu i tak w koszyku umieściłam magnetyczna paletkę oraz kilka pięknie skrzących się turbo pigmentów GLAM-SHOP, które podobnie jak luneta mysliwska swarovski, pozostawiają swoich konkurentów daleko w w tyle. Ilekroć mowa o turbo pigmentach, to właśnie te, jako pierwsze i jedyne przychodzą mi do głowy. 

Górny rząd od lewej: ZORZA, DIAMENTOWY, TOP NUDE, Dolny rząd od lewej: DŻIN, ZŁOTÓWKA 


Rok temu w ofercie można było znaleźć 45 kolorów. Dziś ich ilość wzrosła niemal dwukrotnie, co wcale nie ułatwia podjęcia decyzji. Jak możecie się domyślić nie są one zamknięte w paletach, które sztywno narzucały by konieczność kupna zestawów, nie koniecznie wpisujących się w nasze gusta. Tu mamy dowolność zarówno w kwestii doboru magnetycznej paletki jak i umieszczonych w niej pigmentów. Jedynym co może nas tu ograniczać jest zasobność portfela. Musicie mieć bowiem świadomość, że kupno pojedynczego cienia to koszt 25 zł a ceny paletek magnetycznych w zależności od wielkości wahają się w granicach od 29 złotych do 49 złotych. 

Jak już Wam wspominałam przy okazji tego posta wybór nie był taki prosty i oczywisty, jak można było by przypuszczać. Zanim zdecydowałam o wyborze pierwszych moich pigmentów, z uwagą śledziłam blogi innych dziewczyn, które miały okazję już ich próbować. Ostatecznie zdecydowałam się na kupno paletki, mieszczącej 12 cieni oraz 5 cieni. 

Od góry: ZORZA, DŻIN, DIAMENTOWY, ZŁOTÓWKA, TOP NUDE.


Potem pozostało mi już tylko zacierać rączki i z niecierpliwością czekać na nadejście paczki. To co w niej znalazłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałam się, że będą one aż tak piękne. Jeśli więc podobnie jak ja lubicie wszystko to, co błyszczy to cienie te idealnie wpiszą się w Wasze gusta. 

Ich imponujący wygląd to jednak nie wszystko. Przekonacie się o tym zaraz po tym, jak tylko ich dotkniecie. Pod opuszką palców wyczujecie jakby dwa sprzeczne doznania. Z jednej strony są one kremowe, podczas gdy z drugiej wilgotne i miękkie. Momentami pod naciskiem palców, przypominają coś na wzór gąbeczki, co daje bardzo niecodzienne uczucie. 


Choć dotykając ich spotyka nas nowe, obce doświadczenie to najwięcej przyjemności czerpiemy, ciesząc nimi oczy. Nie można im bowiem odmówić blasku. Wszystkie lśnią niemal tak samo intensywnie ale efekt, jaki dają potrafi znacznie się różnić. 

Na początek wybrałam dla siebie pigmenty o intrygujących nazwach: Zorza, Dżin, Złotówka, Top NUDE oraz Diamentowy. Przy okazji dzisiejszego posta pokażę Wam swatche, dzięki którym jak mniemam zdołacie ocenić ich barwę. Trudno bowiem słowami jednoznacznie ją określić. 

Po tak wielu słowach uznania pod ich adresem, można było by przypuszczać, że nie możliwe jest zarzucenie im czegokolwiek. Tymczasem prawda jest nieco inna. Zanim jednak o tym, pozwólcie że powiem jeszcze o ich zaletach. 

Jak już mówiłam spośród innych cieni wyróżnia je oryginalna i nietypowa konsystencja. Nie można im również odmówić blasku, który trudno jest uzyskać stosując inne produkty. No i ten przenikający się i wielopoziomowy kolor. Choć wydawać by się mogło, że ze względu na nietypową mogą być one trudne do okiełznania to prawda jest zupełnie inna. Pracuje się nimi z łatwością. Można nakładać je zarówno pędzelkiem jak i palcem, przy czym ten drugi sposób daje zachwycający efekt tafli. 


Mimo, że wydawało by się, że mają one wyłącznie same zalety to niestety nie udało im się również ustrzec przed wadami. Za ich największą i można było by powiedzieć jedyną uwagę uważam nie co innego, jak osypywanie się, bez względu na sposób aplikacji czy przygotowanie powieki. 

Zastanawiacie się więc zapewne czy w tej sytuacji warto zdecydować się na ich kupno. Otóż, mimo tego ich osypywania dalej uważam że są one godne uwagi. Żaden ze znanych mi produktów do makijażu nie jest w stanie zapewnić takiego pięknego przenikającego się koloru i blasku. Trudno słowami określić ten jakże niesamowity efekt łączący w sobie taflę i mokrą powiekę.

Jeśli więc zaintrygowały Was te produkty i chciałybyście je wypróbować a przy okazji również wesprzeć rodzime marki to ja ze swej strony gorąco Was do tego zachęcam. Jestem przekonana, że polubicie je podobnie jak ja, szczególnie gdy nikt nie decyduje za Was, na które z kolorów powinnyście się zdecydować. Same możecie budować własną paletkę, w pełni wpisującą się w Wasze gusta, wybierając te według Was najpiękniejsze. 

A Wy znacie pigmenty Glam Shop? Które z nich umieściłyście w Waszych paletkach magnetycznych? A może zupełnie nie czujecie potrzeby ich posiadania? 

  1. To co błyszczy też przyciąga moje oko, jednak w moim wieku najlepsze są te satynowe cienie. Ale tak, te Twoje są bardzo ładne 🙂

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystko co błyszczy jest turbo :D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie pozostawione na moim blogu komentarze :)